poniedziałek, 23 kwietnia 2012
światowy dzień książki
Dziś jest piękny dzień. W dobie komputeryzacji człowiek nie często sięga po swojego papierowego przyjaciela. Dlaczego? Są chyba różne powody. Przede wszystkim telefon z dostępem do internetu jest dużo szybszy, łatwiejszy, a jak jest ciemno to tez poświeci ;)
Musze przyznać, zaniedbałam moich przyjaciół i muszę to nadrobić. Koniecznie.
Mam kilka zaległych pozycji choćby "Bóg, kasa i rock'n'roll" panów Hołowni i Prokopa. I chodzi za mną ta chęć jak w piosence wykonywanej przez Jerzego Stuhra "czasami człowiek musi, inaczej się udusi".
Musze przyznać, zaniedbałam moich przyjaciół i muszę to nadrobić. Koniecznie.
Mam kilka zaległych pozycji choćby "Bóg, kasa i rock'n'roll" panów Hołowni i Prokopa. I chodzi za mną ta chęć jak w piosence wykonywanej przez Jerzego Stuhra "czasami człowiek musi, inaczej się udusi".
Do tego dziś ze skrzynki książkę wygraną na dziecisawazne.pl- Narodziny bez przemocy. Mam ta książkę w formie zeszytowej z wyblakłymi do granic możliwości zdjęciami z lat 80. Inny przekład, równie dobry, ale teraz mam dodatkowo zdjęcia :)
A jak wygląda czytanie na co dzień? Jakiś czas temu postanowiłam zacząć czytać Lusi na dobranoc. Oczywiście książkę jaką wybrałam były "Opowieści z Narnii" Lewisa- Moja ukochana książka z nie mniej ukochaną bohaterką Łucją :) I mamy już za sobą "Starą szafę". Czy Mała dużo z tego rozumie? Raczej nie, ale takie czytanie pomaga nam się wyciszyć po kąpieli, a czasem nawet uśpić. Oczywiście dalej jest to tylko dodatek do kołysanek, ale działa :)
A czytelnictwo w ciągu dnia tez jest rozwinięte. Na roczek poprosiliśmy gości o przyniesienie książek. Był to strzał w dziesiątkę a najbardziej sprawdziły się "Obrazki dla maluchów" podarowane przez jedną z Babć. Krótkie książeczki, które się nigdy nie znudzą, bo po pierwsze są krótkie, po drugie w serii jest wiele tytułów. A kiedy jest czas na książeczki?
Zaraz po przebudzeniu, jeszcze w łóżku.
.
.
.
.
.
.
Dodatkowo informacja dla wielbicieli Mądrych książek. Dziś z okazji Światowego Dnia Książki wydawanictwo Mamania, które powoli zapełnia mają biblioteczkę o mądre książki dla mądrych rodziców tylko dziś wprowadziła promocję. Wszystkie tytuły aż 20% taniej! Przesyłka oczywiście gratis :)
Polecam serdecznie.
czwartek, 19 kwietnia 2012
o szczotkowaniu, dentyście i sprzęcie- MAM szczoteczki
Jak już pisałam moje dziecko w końcu dorobiło się zębów. Kilka dni przed pierwszymi urodzinami dorobiła się prawych górnych jedynki i dwójki. Uroczo wygląda moja mała zębuszka jak się śmieje. Ale nie o tym miało być.
Zdecydowaliśmy, że dziecię nasze będzie przyzwyczajane do widoku dentysty od samego początku. Kiedyś było to mocno zaniedbywane i świadomość była dużo mniejsza. Wprawdzie ja mlecznych zębów nie miałam dziurawych w przeciwieństwie do siostry która za całą trójkę nadrobiła próchnicą butelkową, ale moja pierwsza wizyta odbyła się w zerówce (jako najstarsza w grupie miałam 7 lat) i inne dzieci miały ząbki lakowane ja się dowiedziałam, że wszystkie szóstki mają dziurki. Później kolejne zaniedbania i w wieku 9 pozbyłam się już jednej. Zdecydowanie nie chciałam, żeby Mała tak kojarzyła dentystę i panicznie się go bała jak ja. Mąż pracując z ludźmi różnymi ma kontakt. I pewnego razu pojawiła się u niego pani która zajmowała się stomatologią dziecięcą. Było to zanim jeszcze pomyślałam o ząbkowaniu, ale nazwa gabinetu została w pamięci. Kiedy zaczęliśmy się mierzyć z wizytą wystarczyło odszukać ją i się umówić.
Można iść do zwykłego gabinetu, ale Lusia przyjmuje ostatnio ciężko nowe miejsca, a chodziło o takie, które będzie się różnić od zwykłego gabinetu (, bo mimo, że nasz pediatra jest cudowny, to reaguje na niego panicznym płaczem). I powiem Wam, że się nie zawiodłam.
Gabinet nosi nazwę WIEWIÓR-KA.
Mieści się w Gdańsku przy alei Hallera, ale w planie jest otworzenie kilku innych gabinetów.
Jest to naprawdę miejsce przyjazne dzieciom.
Kolorowe pomieszczenia w poczekalni zabawki i kolorowanki, a w ubikacji przewijak i stopień dla dzieci, żeby mogły umyć ręce.
Panie bardzo miłe.
Etap pierwszy? Ankieta. Trochę mnie zaskoczyła mnogość pytań: choroby w ciąży, choroby dziecka, nawyki żywieniowe. Nie na wszystkie pytania potrafiłam odpowiedzieć ;)
Po wypełnieniu trafiliśmy do kolorowego gabinetu. ale nie zwykle kolorowego. Kolorowe ściany, mozajki, lustra, obrazki, pluszaki, ba nawet fotel i sprzęt dentystyczny był kolorowy. gabinety nie miały numerków, a były nazwane kolorami: różowy, zielony, niebieski...
Byłam w szoku, że tak zimne i źle kojarzące się miejsce (oczywiście mnie a nie dziecku ;) ) może być tak zachęcające i przyjazne.
Pani była bardzo miła. Będąc dorosłym byłabym zirytowana, ale wrzuciłam na luz i na tą chwilę postanowiłam się poczuć jak moje dziecko ;) w końcu ono uwielbia Teletubisie, a ja nie ;)
Płacz był tylko chwilę, bo tak małe dzieci rodzice kładą sobie na kolanach, a moje dziecko nigdy nie lubiło leżeć, ale trwało to może 3 minuty. Dzięki masie odwracaczy uwagi jak nigdy uspokojenie zajęło tylko chwilę.
Mąż chodził z małą po gabinecie a ja słuchałam. Pani potraktowała nas trochę schematycznie, bo mówiła, że dziecko musi już używać zębów, można dawać skórki od chleba, jabłka, a moje dziecko przecież je normalnie, choćby na ten przykład dziś "biegała" z jabłkiem i obgryzała je dookoła (oczywiście jabłko umyte, ale ze skórką), a na obiad wszamała kiszonego ogórka (ten niepokrojony w plastry był smaczniejszy), ale doceniam to, że słoiczkowym dzieciom zwraca uwagę na funkcjonalność zębów ;) Zastaliśmy pochwaleni, że mała pije wodę, ale Pani miała przedpotopowe podejście do karmienia piersią, czyli, że to już nie jedzenie i picie a potrzeba bliskości, że trzeba odstawić i wprowadzić mieszanki (wtf?!). Tym trochę do siebie zraziła, ale oczywiście zrobię jak zwykle, czyli na kolejnej wizycie na każde pytanie będę odpowiadała "tak oczywiście" i kiwała głową z szerokim uśmiechem :p
O paście dowiedziałam się tyle, że to zależy od preferencji dziecka. Oni nic nie narzucają. do tego po nałożeniu tej mikroskopijnej ilości na szczoteczkę najlepiej spienić ją palcem i myć taką pianą- już sprawdziłam i faktycznie mniej pasty można nałożyć.
Za to Pani obejrzała dokładnie nasze szczoteczki. Wzięłam nasze testowe MAM Learn To Brush Set.
Pani powiedziała, że pierwszy raz takie cuda widzi ;)
Ale mam w końcu opinię specjalisty.
Ja byłam święcie przekonana, że wersja z długą rączką jest lepsza, bo włosie bardziej miękkie, różnej długości... a tu nic bardziej mylnego.
Pani powiedziała, że szczoteczki mają odpowiednie główki i gęsto osadzone włoski (porównywałam z innymi i w innych są one rzadsze), ale szczoteczka powinna mieć średnie włosie, a nie miękkie i wszystkie włoski powinny być równe. A te warunki spełnia niestety tylko MAM First Brush. A Szkoda, bo długa rączka jest naprawdę super sprawą kiedy dziecko upiera się, że chce koniecznie trzymać w ręku szczoteczkę. Tylko zachodzę w głowę na co to plastikowe coś do tej szczoteczki ;) Tu prośba do MAM. Możecie zrobić taką długą szczoteczkę ale z włosiem jak w tek krótkiej? ;)
Pani jeszcze poinstruowała nas jak myć zęby (wymiatać), żeby myć co najmniej 2 razy dziennie, a najlepiej po każdym posiłku- chyba pani nie miała takiego dziecka jak moje ;)
Pytała jeszcze o słodycze, to powiedzieliśmy, że okazjonalnie i tu usłyszałam coś czego się nie spodziewałam, że to przecież nie zbrodnia, lepiej raz a dobrze (czyt. nie podjadać), ale za to dobrze po tym umyć zęby. W sumie podejście bardzo zdrowe ;) No i ostrzegła przed oklejającymi zęby przegryzkami typu Flipsy. Wprawdzie Lusia je chrupki kukurydziane ale nigdy słodkie. Ograniczyć nie ograniczę, ale zwrócę uwagę na dokładnie wymycie tego przyklejonego czegoś ;)
Na pożegnanie Lusia dostała balonika i naklejkę dzielnego pacjenta i tak zakończyła się pierwsza wizyta.
Reasumując. Pomimo uwag dietetycznych (podejście papkowe i uprzedzenie do piersi) to wizyta całkiem pozytywna :)
______________________________
* zdjęcia pochodzą ze strony http://www.wiewior-ka.pl/index.php
Zdecydowaliśmy, że dziecię nasze będzie przyzwyczajane do widoku dentysty od samego początku. Kiedyś było to mocno zaniedbywane i świadomość była dużo mniejsza. Wprawdzie ja mlecznych zębów nie miałam dziurawych w przeciwieństwie do siostry która za całą trójkę nadrobiła próchnicą butelkową, ale moja pierwsza wizyta odbyła się w zerówce (jako najstarsza w grupie miałam 7 lat) i inne dzieci miały ząbki lakowane ja się dowiedziałam, że wszystkie szóstki mają dziurki. Później kolejne zaniedbania i w wieku 9 pozbyłam się już jednej. Zdecydowanie nie chciałam, żeby Mała tak kojarzyła dentystę i panicznie się go bała jak ja. Mąż pracując z ludźmi różnymi ma kontakt. I pewnego razu pojawiła się u niego pani która zajmowała się stomatologią dziecięcą. Było to zanim jeszcze pomyślałam o ząbkowaniu, ale nazwa gabinetu została w pamięci. Kiedy zaczęliśmy się mierzyć z wizytą wystarczyło odszukać ją i się umówić.
Można iść do zwykłego gabinetu, ale Lusia przyjmuje ostatnio ciężko nowe miejsca, a chodziło o takie, które będzie się różnić od zwykłego gabinetu (, bo mimo, że nasz pediatra jest cudowny, to reaguje na niego panicznym płaczem). I powiem Wam, że się nie zawiodłam.
Gabinet nosi nazwę WIEWIÓR-KA.
Mieści się w Gdańsku przy alei Hallera, ale w planie jest otworzenie kilku innych gabinetów.
Jest to naprawdę miejsce przyjazne dzieciom.
Kolorowe pomieszczenia w poczekalni zabawki i kolorowanki, a w ubikacji przewijak i stopień dla dzieci, żeby mogły umyć ręce.
Panie bardzo miłe.
Etap pierwszy? Ankieta. Trochę mnie zaskoczyła mnogość pytań: choroby w ciąży, choroby dziecka, nawyki żywieniowe. Nie na wszystkie pytania potrafiłam odpowiedzieć ;)
Po wypełnieniu trafiliśmy do kolorowego gabinetu. ale nie zwykle kolorowego. Kolorowe ściany, mozajki, lustra, obrazki, pluszaki, ba nawet fotel i sprzęt dentystyczny był kolorowy. gabinety nie miały numerków, a były nazwane kolorami: różowy, zielony, niebieski...
Byłam w szoku, że tak zimne i źle kojarzące się miejsce (oczywiście mnie a nie dziecku ;) ) może być tak zachęcające i przyjazne.
Pani była bardzo miła. Będąc dorosłym byłabym zirytowana, ale wrzuciłam na luz i na tą chwilę postanowiłam się poczuć jak moje dziecko ;) w końcu ono uwielbia Teletubisie, a ja nie ;)
Płacz był tylko chwilę, bo tak małe dzieci rodzice kładą sobie na kolanach, a moje dziecko nigdy nie lubiło leżeć, ale trwało to może 3 minuty. Dzięki masie odwracaczy uwagi jak nigdy uspokojenie zajęło tylko chwilę.
Mąż chodził z małą po gabinecie a ja słuchałam. Pani potraktowała nas trochę schematycznie, bo mówiła, że dziecko musi już używać zębów, można dawać skórki od chleba, jabłka, a moje dziecko przecież je normalnie, choćby na ten przykład dziś "biegała" z jabłkiem i obgryzała je dookoła (oczywiście jabłko umyte, ale ze skórką), a na obiad wszamała kiszonego ogórka (ten niepokrojony w plastry był smaczniejszy), ale doceniam to, że słoiczkowym dzieciom zwraca uwagę na funkcjonalność zębów ;) Zastaliśmy pochwaleni, że mała pije wodę, ale Pani miała przedpotopowe podejście do karmienia piersią, czyli, że to już nie jedzenie i picie a potrzeba bliskości, że trzeba odstawić i wprowadzić mieszanki (wtf?!). Tym trochę do siebie zraziła, ale oczywiście zrobię jak zwykle, czyli na kolejnej wizycie na każde pytanie będę odpowiadała "tak oczywiście" i kiwała głową z szerokim uśmiechem :p
O paście dowiedziałam się tyle, że to zależy od preferencji dziecka. Oni nic nie narzucają. do tego po nałożeniu tej mikroskopijnej ilości na szczoteczkę najlepiej spienić ją palcem i myć taką pianą- już sprawdziłam i faktycznie mniej pasty można nałożyć.
Za to Pani obejrzała dokładnie nasze szczoteczki. Wzięłam nasze testowe MAM Learn To Brush Set.
| źródło: http://www.mambaby.com/ |
Pani powiedziała, że pierwszy raz takie cuda widzi ;)
Ale mam w końcu opinię specjalisty.
Ja byłam święcie przekonana, że wersja z długą rączką jest lepsza, bo włosie bardziej miękkie, różnej długości... a tu nic bardziej mylnego.
Pani powiedziała, że szczoteczki mają odpowiednie główki i gęsto osadzone włoski (porównywałam z innymi i w innych są one rzadsze), ale szczoteczka powinna mieć średnie włosie, a nie miękkie i wszystkie włoski powinny być równe. A te warunki spełnia niestety tylko MAM First Brush. A Szkoda, bo długa rączka jest naprawdę super sprawą kiedy dziecko upiera się, że chce koniecznie trzymać w ręku szczoteczkę. Tylko zachodzę w głowę na co to plastikowe coś do tej szczoteczki ;) Tu prośba do MAM. Możecie zrobić taką długą szczoteczkę ale z włosiem jak w tek krótkiej? ;)
Pani jeszcze poinstruowała nas jak myć zęby (wymiatać), żeby myć co najmniej 2 razy dziennie, a najlepiej po każdym posiłku- chyba pani nie miała takiego dziecka jak moje ;)
Pytała jeszcze o słodycze, to powiedzieliśmy, że okazjonalnie i tu usłyszałam coś czego się nie spodziewałam, że to przecież nie zbrodnia, lepiej raz a dobrze (czyt. nie podjadać), ale za to dobrze po tym umyć zęby. W sumie podejście bardzo zdrowe ;) No i ostrzegła przed oklejającymi zęby przegryzkami typu Flipsy. Wprawdzie Lusia je chrupki kukurydziane ale nigdy słodkie. Ograniczyć nie ograniczę, ale zwrócę uwagę na dokładnie wymycie tego przyklejonego czegoś ;)
Na pożegnanie Lusia dostała balonika i naklejkę dzielnego pacjenta i tak zakończyła się pierwsza wizyta.
Reasumując. Pomimo uwag dietetycznych (podejście papkowe i uprzedzenie do piersi) to wizyta całkiem pozytywna :)
______________________________
* zdjęcia pochodzą ze strony http://www.wiewior-ka.pl/index.php
sobota, 14 kwietnia 2012
ROK
Moja córka godzinę temu skończyła rok.
Rok z naszego życia minął jak jeden dzień. Już nie pamiętam jak była malutka, jak leżała spokojnie na plecach, jak spokojnie mogłam zmienić pieluchę nie biegając za nią ;) Jaką to człowiek ma krótką pamięć ;)
O tym wszystkim przypominają tylko zdjęcia.
A moje dziecko?
Stawia nieśmiało pierwsze kroki przy szafkach i przy nodze, ma 6 ząbków, uwielbia gonić psa z jego zabawką w ręku, nauczyło się schodzić z łóżka, które jest wprawdzie niskie, ale sobie radzi, ostatnio ma problemy z nowymi osobami i reaguje płaczem, ale jak się rozkręci to nie ma mocnych ;)
Do tego jest wielkim smakoszem, uwielbia pić wodę i mleko mamy.
Łucja ma już rok.
Rok z naszego życia minął jak jeden dzień. Już nie pamiętam jak była malutka, jak leżała spokojnie na plecach, jak spokojnie mogłam zmienić pieluchę nie biegając za nią ;) Jaką to człowiek ma krótką pamięć ;)
O tym wszystkim przypominają tylko zdjęcia.
A moje dziecko?
Stawia nieśmiało pierwsze kroki przy szafkach i przy nodze, ma 6 ząbków, uwielbia gonić psa z jego zabawką w ręku, nauczyło się schodzić z łóżka, które jest wprawdzie niskie, ale sobie radzi, ostatnio ma problemy z nowymi osobami i reaguje płaczem, ale jak się rozkręci to nie ma mocnych ;)
Do tego jest wielkim smakoszem, uwielbia pić wodę i mleko mamy.
Łucja ma już rok.
środa, 21 marca 2012
zmiana adresu
Mam nadzieję, że nie wprowadziłam wielkiego zamieszania ;)
Ale postanowiłam zmienić adres, a łatwiejszy do zapamiętania, bez myślników, kresek i zastanawiania się co się pisze łącznie a co oddzielnie ;)
Dlatego od dziś mój adres to:
www.ZAWODMAMA.blogspot.com
Dobrej nocy :)
Ale postanowiłam zmienić adres, a łatwiejszy do zapamiętania, bez myślników, kresek i zastanawiania się co się pisze łącznie a co oddzielnie ;)
Dlatego od dziś mój adres to:
www.ZAWODMAMA.blogspot.com
Dobrej nocy :)
poniedziałek, 19 marca 2012
EKOlogia EKOnomii, czyli grunt to mieć świadomość
Dalej mam urwanie głowy, więc zaglądam tylko z doskoku za co przepraszam, ale pewnie przed roczkiem to się nie zmieni (nawet nie mam jeszcze zaproszeń zrobionych, więc chyba będę szczegóły ustalać telefonicznie i pójdą kartki przed samymi świętami).
Ale o tym chcę napisać póki jest to na świeżo. Rozmawiałam ostatnio z e-przyjaciółkami o ekologii.
Istnieje zarzut, że ekologia ni jak się ma do ekonomii, a chyba nie do końca tak jest. Zaczęłam się interesować tym wszystkim ze względu ekonomii. W końcu wszystko zaczęło się od pieluszek wielorazowych(, o których jeszcze napiszę, bo wiosna idzie i niektóre koleżanki chcą się przerzucić na tą opcję) i decydując się na nie, daleka byłam do ekologii. Przemawiało do mnie, że nie będę musiała wydawać miesięcznie 300 zł na same pieluchy, bo i tak piorę, i tak więc co to za różnica dorzucić kilka pieluch dziennie do prania? Fakt. Jak Lusia ma "zły" dzień to podstawę prania stanowią pieluchy ;) ale to i tak mniejsze pieniądze. I co najważniejsze regulowane zaraz po wypłacie w postaci opłacenia rachunku i kupienia proszku. Do tego mam palkę już z gatunku tych "inteligentnych", które dobierają ilość wody do ilości prania i są ogólnie energooszczędne.
Eko w moim wydaniu nie znaczy drogo :) Naprawdę.
Jedzenie. EKO znaczy zdrowo i z głową.
Ja gości mam okazjonalnie,więc mogę zaszaleć i zamienić biały cukier na brązowy (co nie znaczy, że białego u nas nie ma), margarynę na masło, sól warzoną na morską itp... Ale, np. w leniwej drożdżówce zaczęłam zamieniać biały cukier na brązowy, a na wielką blachę potrzeba raptem szklanki cukru.
Na roczek będzie kilka ciast takich "dla dorosłych" na margarynie i białym cukrze, bo człowiek przyzwyczajony do słodkiego będzie się tego domagał, ale będzie kilka takich dla Lusi w wersji zdrowszej(może sernik-tu mam genialny przepis z olejem zamiast margaryny! Daję rzepakowy- bo tani,zdrowy i nie śmierdzi- przepisem się podzielę), pewnie biszkopt z galaretką i owocami (,może mrożone maliny, które mam z działki rodziców) i tort w postaci babeczek(chyba tradycyjnego robić już nie będę ;) ) z ciasta na maśle- ucieranego.
Ograniczając sól mogę sobie pozwolić na tą zdrowszą, bo jej po prostu używam okazjonalnie (już nie jestem tak restrykcyjna co na początku przygody z BLW), a którą i tak dodaję na koniec gotowania. A kto powiedział,ze w solniczce nie może być zwykła,a w cukiernicy biały cukier? Dla osób, które żywią się tak jak statystyczny Polak nie zrobi to różnicy. Polacy mają tendencję do przesalania i przesładzania wszystkiego. "Mój dom, moja twierdza", ale świata zbawiać nie będę ;)
Jadąc na większe zakupy można wybrać zamiast zwykłego ryżu ten brązowy, zamiast białego makaronu razowy (moje ostatnie odkrycie to żytni makaron EKO w cenie zwykłego w sieci Carrefour), a wszystko w cenie normalnej, ewentualnie minimalnie większej (naprawdę! 10 razy sprawdzam ceny i porównuję). Czasem można kupić mąkę z pełnego przemiału z lokalnych młynów za cenę zwykłej! Nie dość, że zdrowo to jest ograniczona emisja spalin, bo nie trzeba jej nigdzie przewozić (ulubiony argument ekomaniaków ;) a mnie raczej nigdy nie "ruszał"). Ja mam Gdańskie Młyny gdzie cena mąki pszennej graham i żytnich oscyluje w granicach 2-3 zł.
Eko przyprawy z Darów Natury mimo,że za opakowanie wychodzą drożej,to są tańsze,bo w 3 krotnie większym opakowaniu,a liście laurowe i majeranek,które są standardowo pakowane po max 20 gram i kosztują ponad złotówkę,to koszt 5 zł za 100 g. A tych przypraw dużo używam. Do tego polecam Dary ze względu na aromatyczność i duży wybór. Dostępne w sieci Rossmann jako mieszanki ziołowe, w czystej postaci w sklepach zielarskich, ekologicznych (cena wyższa niż w zielarskich!) i w sprzedaży internetowej.
Co jeszcze? Swój chleb- świeży,bez chemii i kilogramowy bochenek kosztuje tyle co mąka i kawałeczek drożdży( czyli jakieś 2,50, a nie 4, bo te tanie są dmuchane,mniej syte i mają max 750 g jak nie 0,5 kg. Czemu się zdecydowałam na pieczenie? bo zawsze zapominałam o kupnie ;) Na prawdę. Mąż nie jada śniadań w domu, wraca na tyle późno, że już nie je, więc chleba nie było, a jak był to szybko zsychał. Schnięcie było powodem, dla którego nastawiłam zakwas i od soboty cieszę się długo świeżym chlebie na zakwasie! (O ile go nie zjem od razu ;) ) Polecam serdecznie, bo tego smaku nie jest w stanie nic zastąpić :)
No i ostatnio mój wielki powrót do kiełków, gdzie cały sprzęt to talerzyk (jestem posiadaczką kiełkownicy, którą kupiłam jakieś 3 lata temu i na ponad 2 lata o niej zapomniałam ;) ),a paczuszka nasionek kosztuje najwyżej 4 zł (to najwięcej) starcza na 6 kiełkowań co najmniej i jest tańsza niż rzodkiewki, czy szczypiorek spod folii, który będą nam zaraz wciskać jako nowalijki za chore pieniądze. Ale o kiełkach jeszcze napiszę na "Bobas lubi wybór". Nasionka na kiełki dostępne też w Darach Natury, Diet Food czy w marketach, ale tam paczuszki są znacznie mniejsze i droższe (mimo to zakupiłam, bo były inne, a będę testować czy można skiełkować to co mam w domu ;) ).
Mieszkam w mieście, więc nie mam szansy na EKO mięso czy EKO warzywa, bo jednak cenowo jest to wszystko poza moim dostępem. Ale ostatnio nie kupuję wędlin. Czemu? Tata na działce zrobił wędzarnie i dostaję wałówkę jak się widzimy :) Może i nie jest tak wspaniała jak z mięsa z wiadomego źródła, ale nie zawiera tyle wody, soli, konserwantów i ulepszaczy co te mielone "niewiadomo co" ze sklepu. Tu mam kawałek wędzonego mięsa, kiełbasę w flaku naturalnym, a nie w foli zawiera zmielone mięso i przyprawy, nic poza tym. No i w wakacje... W wakacje sobie odbiję. Rodzice mają działkę w sercu Kaszub-Niezabyszewie. Z dala od dróg, fabryk, ba nawet domów 2 hektary ziemi. Oni mają owoce, sąsiadka mieszkająca kilometr dalej warzywa i piękny sad ze starymi odmianami jabłoni (choćby niemodyfikowana szara reneta). Do tego na Kuchnia+ trafiłam na fajny program o jedzeniu "zielska", a mianowicie "Dziki obiad Łukasza Łuczaja"- polecam każdemu! Bo czy można być bardziej EKO(logicznym/nomicznym) niż wyjechać w "dzicz" i żyć tym co natura nam dała?? Ja mam ochotę na kwiaty bzu i sałatkę z liści lipy :D
A co jeśli mieszka się na wsi a chciałoby się czegoś "fajniejszego"? Trzeba skalkulować czy opłaca się bardziej jechać te kilkadziesiąt kilometrów do miasta (pamiętajmy, że paliwo co raz droższe!) czy lepiej usiąść na godzinę przed komputerem, wyszukać odpowiedniego sklepu/ sprzedawcy na Allegro i zamówić z przesyłką nawet kurierską pod same drzwi? Wiadomo, że im więcej rzeczy zamówimy za jednym razem tym bardziej się nam to opłaci :)
środa, 14 marca 2012
11 miesięcy jak jeden dzień
A za miesiac oj będzie się działo.
Czasu jeszcze nie odzyskałam,ale liczę,ze do soboty już będzie ;)
Czasu jeszcze nie odzyskałam,ale liczę,ze do soboty już będzie ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




