Jesteśmy po wizycie w IKEA. Jakichś wielkich zakupów nie robiliśmy, bo w sumie to była wizyta podglądowa, która zakończyła się kupnem kilku drewnianych ramek do zdjęć na prezenty dla Mamy i Teściowej (zaległy Dzień Matki) i zgrzewki baterii do aparatu (alleluja! Koniec zdjęć z komórki ;) ). Jako, że winda nie działa nadal o czym wiedzieliśmy już rano a nie chcieliśmy całego dnia spędzić w mieszkaniu wybór nie był trudny. Ikea jest prorodzinna, mają pokoje dla matki z dzieckiem, przewijaki, nawet kącik do karmienia gdzie mogę spokojnie z Maluchem usiąść, nakarmić je popijając pyszną herbatkę. Dodatkowo restauracja i pełno wrażeń dla nas- rodziców, którzy jarają się zabawkami i pięknie wystrojonymi pokojami, mogą poskakać na materacach sprawdzając czy są odpowiednio miękkie i potestować fotele (, bo zakup jednego mnie czeka; marzę o czymś mega wygodnym do karmienia Dziecięcia).
W jedną stronę dojechaliśmy bez problemu- ba nawet udało się usiąść co w godzinach szczytu nie jest łatwe- chyba jakieś pustawe autobusy się nam trafiały. Po wejściu do sklepu gdzie to ja szłam 2 kroki przed mężem, pan ochroniarz kazał mężowi zostawić plecak, w którym mieliśmy cały osprzęt dla Małej. Trochę się zdziwiłam, ale ok. Najzabawniejsze jest to, że trzeba było owemu panu dość długo tłumaczyć, że tam są tylko ubranka, pampersy, pieluszki tetrowe i wkładki laktacyjne i jak chce to może nam to sprawdzić przy wyjściu (kiedy podeszliśmy do innego ochroniarza po zakupach to machnął ręką na sprawdzanie za co mu bardzo dziękujemy, bo w tym czasie Młode mogłoby się obudzić).
Najpierw obiad w restauracji (szwedzkie klopsiki z żurawiną za którą oboje szalejemy i filiżanka cappuccino) i przechadzka po piętrze. W razie czego blisko do "kącika karmień", który najpierw dokładnie obejrzałam- wygodny fotel, stoliczek a wszystko to odgrodzone od sali, i pokoju dla matki z dzieckiem- czystego i pachnącego co w sklepach nie zawsze się zdarza.
Napawaliśmy swoje oczy pięknie urządzonymi pokojami, snuliśmy plany (narazie mało realne) na swoje "M" i możliwość urządzenia go po swojemu z pokojem dla Młodej, przymusie kupienia zabezpieczeń do gniazdek za jakiś czas i obietnica kupna kolejki drewnianej, którą najpewniej my będziemy się chętniej bawić niż Dziecię. Po 1,5 godziny poszliśmy na ciasto (marchewkowe- pycha) i herbatę do restauracji (kochamy kartę IKEA FAMILY i ich kawy za free od poniedziałku do piątku :) ), bo Małe już się zaczęło wiercić. Ja swoją dopiłam do połowy i kiedy już wiercenie przybrało na sile zaczęłam się rozwiązywać. Najpierw karmienie, później przebieranie.Zasiadłam wygodnie (co za cudowny fotel- dłużej bym siedziała i zasnęłabym) i rozpoczęłam karmienie.

W pewnym momencie kiedy już przysypiałam wparowała jakaś kobieta z dzieckiem mającym na oko 1,5 roku (dziecko chodzące, ale pieluchowe). I wyobraźcie sobie, że powiedziała do małej (nie do mnie!?!) "zobacz pani karmi dzidziusia" i zaczęła dziecku ściągać pieluchę. Zęby zbierałam jeszcze 10 minut po tym jak się zwinęła. Szok jaki przeżyłam nie pozwolił mi odpowiednio tego skomentować, a szkoda, bo kiedy odzyskałam możliwość mówienia, to pierwsze co cisnęło mi się na usta to "jakby ktoś wszedł do mojej kuchni, zdjął majtki, nasikał do zlewu i wyszedł"... Przecież karmiłam. Moje Dziecko jadło i czemu ono ma być gorsze od całej masy ludzi, która spożywała posiłek w tym miejscu, ale w spokoju? Muszę poprosić w restauracji, żeby postawili takie znaczki (jak stawia się przy wilgotnej podłodze) z tekstem "dziecko je, nie przeszkadzać, ono też ma prawo do spokojnego jedzenia" czy coś w tym stylu. Po karmieniu przyszła pora na przewinięcie. Śliczny pokoik, z mega wygodnym przewijakiem, papierowymi ręcznikami na wałku (nie musiałam wyciągać swojego podkładu!?!) i przyciszoną melodyjką. Cudo! Przewinęłam Dziecko, przebrałam (ten minus chusty, że muszę mieć ze sobą dodatkową zmianę ubrania na wypadek przepocenia- dziś była tylko lekko wilgotna, ale i tak wolałam przebrać) i wróciłam z powrotem do kącika, żeby dać jej dopić z drugiego cycka, odbić i zawiązać się w spokoju. Trochę marudziła jak zeszliśmy na parter, ale bacznie oglądała wszystko co się działo dokoła. A było co oglądać. Zrobiłam sobie w myślach listę rzeczy potrzebnych po które wrócimy jak odzyskamy samochód, ale uda się nam od kogoś na ta okoliczność auto pożyczyć. W końcu Marudka zasnęła, a my skierowaliśmy się do kas. W drodze powrotnej podjechał autobus bezpośredni. Troszkę przepełniony, ale udało się wejść. I stał się mały cud. Młoda dziewczyna ustąpiła mi miejsca. Miłe to było, bo reszta ludzi zaczęła być bardzo zajęta, wlepiając oczy w szyby i oglądając coś bardzo ciekawego czego ja osobiście nie dostrzegałam.... Sporo panów w średnim wieku robiło to samo mimo, że jak się okazało część wysiadła na kolejnym przystanku. Ale dzięki tej dziewczynie odzyskałam w wiarę w dobre serce i ludzką życzliwość.



Po powrocie kartka na windzie "dźwig nieczynny" i spacer na 8 piętro z ponad 5 kilowym obciążeniem.